– Miasteczko W., przeddzień rocznicy wybuchu II wojny światowej. Miejscowa animatorka kultury organizuje na rynku pokaz filmu „Jak rozpętałem II wojnę światową”. Kto tego nie widział przynajmniej kilka razy?! A jednak, gdy telewizja robi powtórkę, mało kto zmieni kanał- prawie każdy chętnie przypomni sobie Franka Dolasa w niezapomnianej kreacji Mariana Kociniaka. Dlaczego zatem na widowni gromadzi się zaledwie 30 osób? Kino wychodzi do ludzi w swej najbardziej sentymentalnej postaci: film był kręcony w okolicy i wrócił w takiej formie, w jakiej debiutował, gdy wystarczał prosty ekran, rzutnik, gdy liczyło się wspólne oglądanie. Czym wytłumaczyć tak małe zainteresowanie magią kina. Przecież nie brakiem środków, bo wstęp był wolny! Nie brakiem informacji, bo projekcja była reklamowana, a nawet gdyby nie była, to poczta pantoflowa działa w W. bez zarzutu. Brak czasu, to również słaba wymówka, bo stali bywalcy całymi dniami podpierający ściany rynku w okolicy sklepu z winem prostym, jakby się przestraszyli kontaktu z kulturą i gdzieś przepadli, akurat na czas seansu. Została garstka pasjonatów, którzy chwytają się wszystkiego, co rozjaśnia codzienność. Jakieś pomysły na wyjaśnienie tego fenomenu? Aż żałuję, że nie mam danych, by porównać ilość widzów do ilości sprzedanych tego dnia jabolowych butelek….

– Wieś Z., największa szkoła w rejonie, aktywistka próbuje zorganizować wyjazd nauczycieli do teatru. W pokoju wisi kartka z tytułem, datą, ceną. Wpisują się dwie osoby. Mija tydzień, nadal dwa nazwiska. Dopiero w środę jedna z pań sprzątających zauważa na ścianie tę informację, dopisuje cztery koleżanki i dwóch panów woźnych. Są podekscytowane jak zwykle przed takim wyjazdem, zapewne szybciej tego dnia będą sprzątały pomagając sobie nawzajem, bo jeszcze trzeba wyskoczyć do domu, żeby się umalować, ładnie ubrać, w końcu jadą do teatru. Część kadry nauczycielskiej w końcu się wpisuje, część się tłumaczy, że zajęta. Trzeba będzie zmotywować panie nauczycielki emerytki. I nie mogę udawać w swojej głowie, że unikający mają lepszą okazję, bo to przedstawienie oglądali już tysiąc razy. Bo ich znam. Wiem, że nie chodzą, bo bym ich tam spotkała. Wiem, że od lat nie byli w kinie, teatrze, kawiarni, panowie i panie, magistrzy. I jakie pomysły na wytłumaczenie tego zjawiska?

fragment filmu „Miś” S. Barei – … w życiu bym to teatru nie poszedł …

– Co prawda to tylko hipoteza, ale widzę to tak: Panie sprzątające przez całe lata miały marne szanse widzieć teatr. Z różnych powodów, najczęściej wychowawczych i środowiskowych. I nagle, po latach dały się skusić na wyjazd. Wzruszyły się, poczuły magię, inny świat, więc od tej pory jeżdżą, tak jak i emeryci z klubu seniora w miasteczku W.! Ale dlaczego nie jeździ inteligencja, za jaką mają się nauczyciele? Gdybym miał stawiać pieniądze, postawiłbym na to, że dostali kiedyś dyplomy i uznali, że już nie muszą się rozwijać, bo mają potwierdzenie swych umiejętności i społeczeństwo musi chcąc nie chcąc to uznać. Efekt jest taki, że polska szkoła nie uwzględnia sztuki współczesnej, bo nauczyciele nie wiedzą o jej istnieniu. Przynajmniej większość. Bo choć sztuka się rozwija, a młodzi twórcy muszą przebić poprzedników, by ich zauważyła krytyka, to do programu szkolnego nikt ich nie zaprosi. Coraz mniej osób potrafi docenić magię teatru, książki, kina, nawet magia jedzenia jest rzadkością, bo pędzący cholera wie gdzie tłum woli wrzucić w swój śmietnik hamburgera, niż usiąść w restauracji. Rozmawialiśmy już o tym, że Polacy mają nawet kłopot ze skorzystaniem z kawiarni, bo „najlepsza kawa jest w domu”.

– Wydaje mi się, że dosłownie w ciągu kilku ostatnich dni popełniłam dwa bardzo podobne komentarze u dwóch różnych blogerów. Ich kwintesencja jest taka: robimy to, co lubimy i znajdujemy czas na to, na co chcemy znaleźć czas. Poza niezwykle rzadkimi przypadkami ludzi, którzy mają za dużo pasji, aby zmieścić je w 24 godzinach, większość ludzi dokonuje swobodnych wyborów każdego dnia i obserwując ten dzień można spokojnie zdefiniować ich prawdziwe zainteresowania. Mówię tu o osobie, która uważa się za intelektualistę, tyle że rzekomo nie ma czasu na czytanie książek, ale codziennie poświęca kilka godzina po pracy na plotkarskie spotkania. Mówię tu o osobie, która na propozycję wyjścia do teatru odpowie Ci, że musi coś zrobić w domu i faktycznie siedzi w tym domu i patrzy na swoje ulubione orchidee albo ulubiony program w tv i to jest ta praca. Mówię o ojcu, który nie może znaleźć czasu, aby spędzić czas z dzieckiem, szczególnie chorym, ale bez problemu upchnie w tym dniu dyskretne spotkanie z kochanką. Robimy to, co chcemy robić 🙂

– To prawda. Dlatego tyle negatywnych emocji budzi we mnie zasłanianie się wymówką braku czasu u ludzi, którzy podjęli wcześniej jakieś zobowiązanie. Ale dosyć o tym, proponuję zabawę w konstruktywne rozwiązania. Jakieś pomysły? Na pewno aktywizacja środowiska wymaga funduszy i ludzi z pasją, którzy chcą poświęcić swój czas na rozruszanie otoczenia. Takich jak nasza wspólna znajoma Ania K., która przygotowuje co roku bardzo ciekawe projekty dla dzieci, młodzieży, ludzi w średnim wieku i emerytów. Jest to jedna z tych osób, którym wierzę, że nie mają czasu, bo sama robi robotę, którą tak naprawdę powinno się zajmować 3-5 osób. I jest wiecznie niedofinansowana, a nawał pracy organizacyjnej i papierkowej, ogranicza jej możliwości szukania sponsorów. Przydaliby się praktykanci, wolontariusze, a najlepiej jakaś organizacja pozarządowa. Bardzo by pomogło wsparcie lokalnych mediów….

– Pomogłoby … tyle, że (brzydko ich nazwę, bo też znam podobne środowisko) pismaki lokalnych gazet piszą zbyt często na zamówienie. I są ludźmi z danej społeczności, więc gdy jest to społeczność leni, która poprawia sobie nastrój krytykując tych, którzy coś robią, to prężni dziennikarze lokalni też w części będą dysponować tym nawykiem. Dzisiaj pomysłem pozytywnym jest po prostu otaczanie się podobnymi sobie ludźmi za pomocą mediów społecznościowych. Takie aktywne grupki są w całej Polsce …

związek obraz1

– A szkoła? Może tu coś, gdzieś, ktoś…. Nie ma bardziej energicznych ludzi, niż młodzież, ludzi którzy nie mówią „nie da się”, bo jeszcze nikt im nie zaszczepił tej mantry…, wystarczyłoby tylko im nie przeszkadzać. Młodym ludziom potrzebny jest nawet nie zarządzający, a ktoś kto dzięki doświadczeniu zna ciekawych ludzi, wie gdzie znaleźć nie tyle pomoc, co chętnych do WSPÓŁPRACY.

– To był punkt drugi o jakim pomyślałam, bo potwierdzam: dajmy młodzieży zadanie i kredyt zaufania a sam znajdzie się przywódca, znajdą się wykonawcy i wszystko będzie chodziło jak w zegarku. Tyle, że … to nie zacznie się bez odpowiedniej postawy kadry nauczycielskiej, która wg starych prawideł ma tendencje do nadmiernej kontroli. Bo puszczenie tej kontroli może spowodować narażenie się środowisku … W każdej szkole jest gazetka ze świętymi, a teraz wyobraź sobie, że mówisz uczniom, że jest ściana na której mogą cyklicznie upubliczniać to, co oni chcą. A ponieważ interesują się w tym wieku seksem i miłością, powstaje gazetka o tolerancji i z gejowską flaga. A jeden rodzic jest pisowcem i składa skargę do dyrekcji …

Zielone Żabki – Kultura

– Dodajmy, nadmiernej kontroli zabijającej chęć tworzenia, bo jaki jest jego sens, skoro dorosły je ogranicza i przeinacza. No i jeszcze kwestia wsparcia rodziców. Znów wróćmy do Ani. Jej podopieczni przedstawiali naprawdę ciekawe programy, a na widowni… 50% rodziców. Normalnie delegacja, jak na zebranie szkolne, bo dla nich to sprawa do odkreślenia. Owszem, sam poznałem rodziców, którzy aż się palili, żeby dać swym dzieciom wsparcie i nie mogli doczekać się premiery przedstawienia i to dzięki takim rodzicom dzieci były naprawdę szczęśliwe z dobrze wykonanej pracy. Tylko dlaczego jest to tylko jakieś 20-30% rodziców. Reszta obecność traktuje jak przykry obowiązek, więc tatuś wypchnie mamusię, by poszła w jego imieniu (bądź, rzadziej, mamusia wypchnie tatusia). Co do opisanej przez Ciebie skargi do dyrekcji z powodu uczniowskiej gazetki o tolerancji: Dyrekcja powinna mieć w sobie na tyle asertywności, by uprzejmie, aczkolwiek stanowczo wyjaśnić rodzicowi, że uczniowie zrozumieli czym jest tolerancja, a pan rodzic jeszcze tego nie pojął, bo do jasnej cholery, nie może być tak, że jakiś nadęty tłuk przekonany, że Ziemia jest płaska, protestuje przeciw użyciu globusów w szkole!

Pink Floyd – Mother

– Mówisz, że rodzice wzajemnie wypychają się na wydarzenia kulturalne ich dzieci. To też już kilkakrotnie napisałam. Diagnoza jest prosta: wszyscy rodzice twierdzą, że kochają swoje dzieci, tyle że niektórzy przy tym zwyczajnie ich nie lubią, ich zainteresowania uznają za nudne i głupie, a towarzystwo za męczące. Jeśli chodzi o bardzo ważne zajęcia, następna prosta sprawa … gdy my spacerujemy po małej miejscowości, ile osób spaceruje razem z nami? W czasie po pracy, gdy jest moment na odpoczynek? Kto normalny chodzi po wsi po południu żeby pospacerować i się odstresować? Nie wymagajmy zaangażowania w takie mission impossible jakim jest wspieranie działań kulturalnych GOKu, gdy spacer jest ponad siły, bo akurat leci powtórka koncertu Sławomira w TV.

– Jak to kto? My dwoje spacerujemy i… chyba nie znaleźliśmy konkurencji, ani w miasteczku W., ani we wsi C.! Chyba, że będziemy liczyć tę parkę trzynastolatków, którzy szli w kierunku lasu, by okazać sobie odrobinę czułości.

– Tak, były dwie pary, przy czym my przekroczyliśmy zdecydowanie średnią wieku akceptowalną jeśli chodzi o obłapianie się, zarówno w W. jak i w C. Reasumując pozytywne pomysły na aktywizację … media społecznościowe skupiające osoby zainteresowane danym tematem, aktywizacja młodzieży poprzez popuszczenie kontroli. Ja dodałabym jeszcze kluby seniora, bo pełnią ważną funkcję, gdy do osób starszych w końcu dociera, że rodzina, a szczególnie młodsze pokolenie nie jest im winne dostarczania rozrywki.

– Zaznaczmy, że kluby seniora, to nie miejsca, gdzie smutni dziadkowie i poważne babcie mieszają w skupieniu herbatę. To wycieczki, wspólne wypady do kina i teatru, wspólna zabawa, wspólne zainteresowania, których niejeden młody by mógł pozazdrościć. Natomiast ja w kwestii pozytywnych pomysłów dodam organizacje pozarządowe. Nie tylko tak dobrze znane jak WOŚP, organizująca koncerty, spektakle, wystawy, programy radiowe i telewizyjne, zbiórki charytatywne, bo równie dobrze mogą być to organizacje lokalne, jak łódzka Kamienica 56, organizująca warsztaty kreatywności dla dzieci i młodzieży z małych miast i dla Polonii, współpracująca z wędrownym teatrem Małe Mi i innymi ciekawymi ludźmi, czy jeleniogórski człowiek- instytucja, klaun Rufi- Rafi, który ze swoimi Czerwonymi Noskami robi spektakle i happeningi w szpitalach dziecięcych i małych miejscowościach. Ach…, i jeszcze trochę autoreklamy, bo przecież mój projekt filmowy zaangażował jakieś 50 osób z małych miejscowości (od dzieci po emerytów). Za nami 14 miesięcy dobrej zabawy i solidnej pracy, mam nadzieję, że do końca roku będzie po wszystkim, ale dużo zależy od moich muzyków 😉

Oczywiście zapraszamy teraz do dyskusji czytelników, nie tylko w temacie negatywnych przykładów, lecz także pozytywnych, konstruktywnych pomysłów, jakie można zastosować. Może coś widzieliście w miejscu swojego zamieszkania, a może podczas podróży…???

Chodzę z artystą 😀

– 😜

Krzysztof Daukszewicz – Poeta i Pan Strauss